Menu

Pani Minister

Dublin i okolice. Błahostki i impresje.

Into the wild

pani_minister
Jedziemy sobie. Zgubieni jak zwykle, bo lubimy się gubić, a mapy są dla mięczaków. Jesteśmy w okolicach, gdzie wrony zawracają, a kilometr dalej mieszkają już smoki. I nagle na drodze przed nami widzimy stado gawronów rozdziobujących jakieś jadalne śmieci na drodze - a wśród gawronów małego, szarego, przybrudzonego PSA. Widok bezpańskiego psa w dzisiejszych czasach, do tego w Dublinie i okolicach, to jak widok delfina radośnie wyskakującego z płynącej przez miasto Liffey. Nie te czasy, nie te Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

Zawróciliśmy powolutku.

Maużonek już zaczął zadawać pytania, czy aby na pewno nie mamy czasu i miejsca w domu dla takiego-małego-i-na-pewno-niekłopotliwego pieska.

Podjechaliśmy ostrożnie, gawrony i pies zmyły się z ulicy błyskawicznie. Niezbyt daleko, parę metrów dalej, żeby w spokoju obserwować, czy to żółte i hałaśliwe nie pojedzie sobie za minutę i będzie można do posiłku wrócić.

Podchodzę do psa siedzącego na górce (ten oczywiście ucieka parę metrów dalej, nieufnie zezując). Okazuje się, że za nasypem (używanym zdaje się przez okolicznych mieszkańców jako wysypisko, bo i kanapa się tam znalazła, i parę starych trampków, i opony) znajduje się mały betonowy bunkier (prawdopodobnie pozostałości jakichś instalacji elektrycznych czy inszych inszości). A przy bunkrze konstrukcja ze starych materaców. A w środku tejże przytulnej konstrukcji - TRZY KOLEJNE PSY. Rodzina tego szarawego z ulicy, sądząc po podobnej budowie i umaszczeniu. Dwa zwiały momentalnie na bezpieczną odległość, trzeciemu było chyba zbyt wygodnie, żeby się ruszać i dał sobie popatrzeć w oczy z bliska :)

Żal się nam zrobiło. Bo dzicz, bo droga zaraz obok (a autostrada też niezbyt daleko), bo weterynarzy w tej dziczy też nie przyuważyliśmy. Stwierdziliśmy, że zadzwonimy do jakiegoś stowarzyszenia, co się psami zajmuje - a w międzyczasie podrzucimy psom torbę żarcia, żeby na niebezpieczną ulicę nie musiały wychodzić, jak jakieś prostytutki.

Pojechaliśmy. Znaleźliśmy supermarket, kupiliśmy torbę witaminizowanej wołowiny dla psów, wróciliśmy. Psy były na miejscu. Podrzuciliśmy żarcie, po czym zasiedliśmy w samochodzie zaparkowanym nieopodal popatrzeć, co się będzie działo.

Prawie godzinę tam spędziliśmy tej pięknej soboty.

Psy ganiały się po łąkach. Wygrzewały na słońcu, wystawiając na promienie brzuszki, co wcale na nadmiernie wychudzone nie wyglądały. Dwa co prawda wszamały część podrzuconej karmy, aż im się uszy trzęsły - dwa wybrały hasanie wśród traw. Spadł typowo irlandzki krótki i intensywny deszcz - schowały się pod swoje materace. Wyszło słońce - zaczęło się znów dzikie buszowanie po okolicy. Wyglądały na całkiem szczęśliwe stadko.

I stwierdziliśmy, że nie będziemy dzwonić do żadnego schroniska.


(nawet podobny)   
Far and Away >

< Mentalista

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • kasia.eire

    tylko co będzie zimą? Dobre z Was ludzie :-)

  • pani_minister

    Na razie będziemy wpadać odwiedzać tę rodzinkę, podpatrywać, jak sobie radzą. Na zimę pewnie trzeba je będzie gdzieś zabrać... no, chyba, że zimy wrócą do irlandzkiej normy, czyli temperatury będą się różnić o 5 stopni max :)

© Pani Minister
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci