Menu

Pani Minister

Dublin i okolice. Błahostki i impresje.

High school musical

pani_minister
Dawno temu. Tak z pół roku. Złożyłam papiery na studia, takie zwykłe, od zupełnych podstaw, bo doświadczenie i wykształcenie w tejże dziedzinie mam nikłe. Nie do końca będąc przekonana do zasadności wyjęcia najmarniej czterech lat z życiorysu i perspektywy dorabiania wieczorami w knajpach, ale jak człowiekowi za wygodnie w życiu, to zaczyna sobie szukać utrudnień - a jak już szuka, to na mur beton znajdzie.
Wyniki miały być w lipcu, jak już podliczą oceny z matur tutejszych (co w tygodniu ostatnim zdaje się zaczęły), albowiem Szanowny Uniwersytet musi wiedzieć, ilu ma kandydatów, z jakimi wynikami i tak dalej. Zapisałam w kalendarzu daty, zapominając o całej sprawie na miesięcy siedem.


Nadszedł koniec kwietnia. Otwieram skrzynkę pocztową, a tam wiadomość od bliżej mi nieznanego Joe. Joe pisze, że dane mu było przeczytać moją aplikację. Że nie widzi mnie na tych studiach. Że jego zdaniem nie są dla mnie i że ani ja się na nie nie nadaję, ani one dla mej skromnej osoby. Że jak chcę, to mnie przyjmują, bez czekania na wyniki matur, ale bez entuzjazmu.

Albowiem Joe widzi mnie na jednej z dwóch pokrewnych podyplomówek ichniejszego Mastersa, które wydział ma w ofercie swojej.


Zapytane google mówią, że Joe to dziekan Joe.

Hm.


Następny miesiąc mija mi na urywaniu się z pracy na pogaduszki z kolejnymi osobami na wydziale, które z jakiegoś powodu bardzo chciałyby ze mną porozmawiać, a z których to rozmów absolutnie nic nie wynika. Każdy twierdzi, że jak wydział wydziałem, nie widział czegoś takiego, jak moja aplikacja. Przy trzeciej osobie zaczynam wątpić, czy to aby na pewno komplement, tym bardziej, że jak większość rzeczy w moim życiu - stworzyłam toto na ostatnią chwilę i wysłałam bez przeczytania całości.

Decyduję się na jeden kierunek.

Wbija mi się w pamięć szczególnie rozmowa z dyrektorem tegoż kierunku starającego się, ostrożnie i zgodnie z wytycznymi uniwersyteckiej politycznej poprawności i szacunku dla studentów na uczelnię już uczęszczających, przekazać mi informację, że undergrad to strata czasu w moim przypadku, bo zważywszy na moje dotychczasowe wykształcenie zapewne wiem już, jak podpisać listę obecności, przyjść na trzeźwo na ćwiczenia i napisać pracę, która nie polega na bezczelnym plagiacie.

Rozmowa z panem kierownikiem ma miejsce 8 maja. Pierwszego maja minął kolejny deadline składania w systemie podań na tenże kierunek. Pan Kierownik stwierdza, że i tak nie mieli kiedy nawet spojrzeć na złożone dokumenty, że mam zalogować się, zapisać, zaaplikować, a oni zajmą się już resztą.

Loguję się, zapisuję, aplikuję.


Trzy dni temu w skrzynce mailowej znajduję wiadomość od pani sekretarki wydziału. Że bardzo im miło, i oferują, i przyjmują, i proponują - i czy mogłabym jednak kindly zalogować się w systemie, bo nie mogą oficjalnego zaproszenia wysłać bez numeru podania przez system wygenerowanego.


Podanie to bowiem zgubiło się, nikt go nigdy nie widział i o jego istnieniu nie ma pojęcia.


A jednocześnie przyjęli mnie na studia. Bez jednego nawet świstka świadczącego o tym, że ja w ogóle chcę na tym akurat kierunku studiować i dlaczego się niby kwalifikuję. Wszystko na podstawie kawki wypitej w jednym i drugim gabinecie jednego i drugiego wariata. A wszystko na wydziale "ranked no. 1 in Ireland and among the top 30 Universities in Europe".

I chciałabym myśleć, że to ja jestem taka fajna. Ale to chyba oni są tacy stuknięci.


I jak ja niby miałabym im odmówić? :)












A poza tym w kwestii zupełnie z powyższą niezwiązanej: chyba przyjdzie mi pierwszy w życiu mandat zapłacić. Pojechałam ciemną nocą odebrać maużonka z jego co-dwutygodniowego wieczoru pokerowego W SAMYM ŚRODKU NICZEGO (nie żartuję, organizują sobie spotkania jak satanistyczne zloty, ciemno, głucho, pola dookoła, może przegranych w ofierze składają na koniec? Jak człowiek nie wie, gdzie skręcać, bo wcześniej trzy razy za dnia obadał sobie trasę, to za cholerę nie znajdzie przybytku). Jadę sobie, limit na drodze do 60 km/h, puste czteropasmówki, północ mija i nikogo. Z autkiem się lubimy i rozumiemy, więc po paru sekundach od ruszenia ze świateł średnio 70... A tu z vana na poboczu jak mi nie błyśnie fleszem po oczach, już wiem, jak musi się czuć Angelina na czerwonym dywanie. A potem pomyślałam, że skoro już błysnęło, to przynajmniej pożegnam ich in style. I tym samym swobodnie se odjechałam dziewięćdziesiątką do setki.

Nie jestem zdaje się najlepszym użytkownikiem dróg.
Mentalista >

< Lost highway

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • ewazdublina

    Ja zaplacilam wlasnie 80 e...ale blysku zadnego nie zauwazylam.

© Pani Minister
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci